Autograf

Jeżeli życzą sobie Państwo otrzymać zdjęcie z oryginalnym moim autografem, proszę o wysłanie zaadresowanej koperty ze znaczkiem zwrotnym na adres...

więcej

Sudoł: nigdy tak ciężko nie trenowałem
sobota, 30 kwietnia 2011 20:48

Grzegorz Sudoł jest jedną z naszych nadziei medalowych na mistrzostwa świata w lekkiej atletyce, które w dniach 27 sierpnia - 4 września odbędą się w południwokoreańskim Daegu. Wicemistrz Europy z Barcelony w chodzie na 50 km poczuł w stolicy Katalonii smak złota i zapragnął, by i jemu kiedyś zagrano Mazurka Dąbrowskiego. - Stojąc na drugim stopniu podium jest się tak naprawdę pierwszym przegranym - mówi w rozmowie z Onet.pl zawodnik AZS AWF Kraków.

Za panem ciężkie przygotowania do przedolimpijskiego sezonu?

- Tak. To były chyba najcięższe przygotowania w mojej karierze. Przeszedłem naprawdę bardzo dużo kilometrów. Za mną naprawdę mnóstwo dni treningowych. Praktycznie całą zimę siedzieliśmy w dobrych warunkach w Portugalii, Hiszpanii i Republice Południowej Afryki. Przygotowania zakrojone na tak wielką skalę były możliwe dzięki temu, że jestem członkiem Klubu Polska Londyn 2012. Mogę sobie zatem pozwolić na dobór odpowiednich miejsc i zapewnieniu sobie komfortu treningowego.

To były przygotowania do właściwej części sezonu, a pan błysnął już wielką formą.

- Trener Ilja Markow mówi, że mi wystarczy osiem tygodni, by wskoczyć na bardzo wysoki poziom. Swoją spokojną pracę trzeba jednak wykonać. Nam nigdzie się nie spieszyło. W spokoju przygotowuję się do mistrzostw świata w Daegu, bo mam już minimum na 50 kilometrów. Zresztą na 20 km też je zrobiłem, ale w Korei nie wystartuję na tym dystansie. Wszystkie przygotowania są zatem już ukierunkowane nawet nie na mistrzostwa świata, ale już na igrzyska olimpijskie w Londynie. Daegu będzie takim główną stacją w drodze do najważniejszej imprezy czterolecia.

Czyli na mistrzostwach zobaczymy pana na jednym dystansie, a w Londynie?

- Z treningów, a nawet ze startów nie można w ogóle "wyrzucić" chodu na 20 kilometrów. W Daegu nie wystartuję na nim, ale w Londynie chciałbym pójść na dwóch dystansach. W Korei nie pozwala na to przede wszystkim klimat, bo okres regeneracji w nim jest trochę dłuższy. Moim zdaniem lepiej skupić się na jednym dobrym starcie niż na dwóch średnich.

Podczas zawodów w Zaniemyślu zaledwie sekundy zabrakło panu do rekordu życiowego na 20 km.

- Nawet nie wiedziałem, że idę tak szybko. Dopiero na mecie dowiedziałem się, jaki wynik osiągnąłem. Skupiałem się na tym, by kontrolować przebieg rywalizacji. Na początku dystansu wspólnie pracowaliśmy na to, by jak najwięcej zawodników uzyskało minimum na mistrzostwa świata, a potem zaczęliśmy się trochę ścigać. Jak się okazuje było ono szybkie. Na mecie okazało się, że mój wynik jest gorszy o zaledwie o sekundę od rekordu życiowego, a miałem przecież jeszcze bardzo duży zapas.

Na tym etapie przygotowań tak wysoka forma, to dobry sygnał?

- Rekord życiowy na 20 kilometrów ustanowiłem w ubiegłym roku, ale wówczas walczyłem - jak to się mówi - "na maksa". Teraz było luźniej, z czego się cieszę. Wydaje mi się zatem, że nie jestem gorzej przygotowany niż w ubiegłym roku, a myślę, że jest nawet dużo lepiej, zwłaszcza wytrzymałościowo, co pokazałem w starcie na nietypowym dystansie 30 kilometrów. Pobiłem wówczas rekord Polski, ale rywalizowaliśmy na bieżni.

Doskonałe wyniki na 20 i 30 kilometrów. To chyba świetnie rokuje przed występami na tym najważniejszym dystansie w tym roku, chodzie na 50 kilometrów?

- Mój sponsor firma Action, której właściciel jest byłym lekkoatletą, cały czas analizuje porównuje moje wyniki i dochodzi do wniosku, że na 50 kilometrów będzie dobrze. Nie da się ukryć, że bardzo się cieszę, iż tak wspaniale to wszystko rokuje. Oby tylko - odpukać - nie przytrafiła mi się już żadna kontuzja.

To znaczy, że miał pan uraz w okresie w przygotowań?

- W ostatnich tygodniach, kiedy wstawałem z łóżka, zastanawiałem się, czy jeszcze coś więcej mnie boli niż dzień wcześniej. Trochę przesadziliśmy z objętością treningów, a wszystko musi mieć swoje granice. Odezwały się przeciążenia mięśnia przywodziciela i dwugłowego. Na szczęście mam dobrą opiekę medyczną i terapeutyczną na zgrupowaniach, za co serdecznie dziękuję panu Arturowi Kapkowi, z którym współpracujemy już od dwóch lat oraz doktorowi Jarosławowi Krzywańskiemu. Najwyraźniej zrobiłem zbyt dużo kilometrów, a organizm nie był jeszcze przygotowany na takie obciążenia. Trzeba było jednak wykonać tak wielką pracę, żeby można było potem dołożyć jeszcze przed igrzyskami.

Wygląda pan na mocno wychudzonego, to efekt ciężkich treningów?

- Teraz ważę 64 kilogramy, ale w startowym okresie, przed zawodami głównymi ta waga wynosi 62-62 kilogramy. Mam zatem dwa kilogramy zapasu. Nie warto jednak teraz tego gubić, żeby było z czego czerpać potem energię.

Liczył pan sobie kilometry, jakie przemaszerował podczas przygotowań?

- Tak. Miesięcznie nabijałem około 500 kilometrów. Myślę zatem, że obecnie mam w nogach ponad 3000 kilometrów.

Na pewno obserwuje pan, co się dzieje w innych krajach. Pojawili się jacyś nowi, groźni konkurenci?

- Po odbytej karze za stosowanie dopingu wracają Rosjanie. Bardzo mocni mogą być Chińczycy, z którymi pracuje bardzo dobry trener. Ja mam nadzieję, że im więcej zdrowia teraz zostawią w startach, tym trudniej będą mieli podczas mistrzostw świata.

A na naszym krajowym podwórku rywale naciskają?

- Koledzy spisują się w tym sezonie rewelacyjnie. Obecnie w pierwszej dziesiątce najlepszych tegorocznych wyników na świecie na 50 kilometrów jest aż czterech Polaków. Chłopaki poprawiły rekordy życiowe po kilka minut. Widać, że rywalizacja jest ogromna. Cała czwórka mieści się w 50 sekundach. Te wyniki zmuszają mnie do nieustannego progresu. Tak, by znów utrzymać sporą przewagę nad krajową konkurencją. Fajne wyniki uzyskaliśmy też w Zaniemyślu. Jeżeli wszyscy potwierdzą wysoka formę, to możemy liczyć na dobry wynik podczas Pucharu Europy w portugalskim Olhao.

Fajny wynik, to może być medal na tej imprezie?

- W drużynie? Oby był.

Przed dwoma laty na mistrzostwach świata zajął pan czwarte miejsce. Przed rokiem podczas mistrzostw Europy wywalczył srebrny medal. Z jakim zatem planem wyruszy pan do Daegu?

- Planem jest wywalczenie medalu mistrzostw świata.

Czy złoto chodzi gdzieś po głowie?

- Na pewno. Zresztą już w Barcelonie zapragnąłem tego, by zagrano mi kiedyś Mazurka Dąbrowskiego. Stojąc na drugim stopniu podium jest się tak naprawdę pierwszym przegranym.

Rozmawiał - Tomasz Kalemba, sport.onet.pl

 
projekt i wykonanie SERWISWEB